Adam Chmura (Fundacja im. Piotra Wariata / Klub Szalonych)
Podczas tegorocznego Święta Podwórka prawie zginąłem. To był najgorętszy dzień tego roku. Skwar od samego rana, 45 stopni i duchota jak w lesie deszczowym.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem po pobudce w tym ukropie, był złowieszczy Alert RCB – „Uwaga! Dziś i w nocy burze, silny wiatr, opady deszczu oraz gradu. Możliwie przerwy w dostawie prądu. Unikaj otwartych przestrzeni”. Idealny dzień na granie plenerowego koncertu – pomyślałem. Próba dźwięku o 12:00 na podwórku. Mała, urocza scena naprzeciwko Recepcji i ten skwar, spotęgowany tysiąckrotnie w tej betonowej, zabudowanej ze wszystkich stron pułapce. Wiedziałem, że łatwo nie będzie, ale nie takie rzeczy się już robiło. Próba poszła sprawnie. Do koncertu zostało jakieś 5 godzin. Żar lał się z bezchmurnego nieba. Dostaliście Alert? – pyta jeden z techników. Dostaliśmy. I co? Nie wygląda jakby miało padać. No nie wygląda. Jak myślicie? Szykujemy jakiś plan B? Eeee, nic nie będzie, ukrop i zero chmur na niebie. No i dobra. Jakoś dokulaliśmy do tej 18:00, udało nam się nie rozpuścić. Ciasnoprzestrzeń, trio z którym tego dnia miałem zagrać wchodzi na scenę. Publika dopisała. Zaczynamy. Nie spodziewałem się, że będzie to najkrótszy koncert w moim życiu. W trzeciej minucie występu, w ciągu kilku sekund, rozpętała się burza. I to nie byle jaka. OGROMNA, i to tuż nad nami. Ogłuszające grzmoty, pioruny i deszcz tak ulewny i gęsty że nic nie było widać.
Na nic zdały się wysiłki ekipy technicznej mające odgrodzić nas od zacinającego deszczu. Scena i namiot, który ją osłaniał zaczęły trząść się na wszystkie strony, deszcz wlewał się przez każdą szczelinę. Nagle, dosłownie 20 centymetrów za moimi plecami, runął jeden z ogromnych metalowych wsporników, na którym zawieszone były ruchome światła sceniczne. Uwierzcie mi, te rzeczy swoje ważą.
Wiatr przybrał na sile i z łatwością zrywał osłaniające nas plandeki. W ciągu dwóch minut cała scena pływała w deszczówce. Kable, przedłużacze, źródła prądu, lampy, wszystko zalane. Przerwaliśmy koncert, kiedy nadmiar wody obciążył namiot na tyle, że zaczął się zapadać. Wyobraźcie sobie tę scenę: wszystko mokre, publiczność ewakuuje się z podwórka, w tym czasie my, zamiast grać koncert, stoimy z wyciągniętymi rękami i podtrzymujemy konstrukcję namiotu. Wokół nas biega ekipa techniczna i w amoku odłącza wszystko od prądu, następnie na oślep zabiera sprzęt i pod ogromnym parasolem przenosi go do najbliższego suchego miejsca. Co za kataklizm. Wydawać by się mogło, że sytuacja, choć kiepska, to jednak opanowana. Ale ale! Namiot od nadmiaru wody stał się ciężki, na tyle ciężki, że trudno było go utrzymać w stabilnej pozycji. No, lekko nam się przesunął, w ten sposób powstała malutka szczelina. A z tej malutkiej szczeliny poleciała zdecydowanie niemała ilość wody. Prosto na laptopa, którego używamy podczas koncertu. Nigdy nie widziałem, jak z laptopa lecą iskry i dym. No trudno. Burza odpuściła tak gwałtownie i szybko, jak się zaczęła. Nie jestem pewien czy trwało to 5, 15 czy 25 minut. Na pewno wystarczająco długo, żeby całkowicie pogrzebać nasz występ. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Ekipa techniczna zareagowała wzorcowo, poza laptopem nic nie ucierpiało. Dziwnie się czułem ze świadomością że ten metalowy wspornik mógł mnie połamać. Humor i tak dopisywał na pełnej.
Fot. Karolina Kamińska