Agnieszka Chojnacka, Jacek Zachodny (Galeria ArtBrut i Pracownia Aktywizacji Społeczno-Kulturalnej, Stowarzyszenie Świat Nadziei)
Historia Galerii ArtBrut zaczęła się w 2009 roku, kiedy otrzymaliśmy dwa niewielkie pomieszczenia na Ruskiej 46.
Zajmował je wcześniej Akant, zakład renowacji mebli, który stopniowo zmniejszał swoją przestrzeń. Nie były to pomieszczenia idealne. Nie było w nich pionu wodnego ani toalety. Mimo to bardzo nam na nich zależało.
Mieliśmy już wtedy doświadczenie zdobyte podczas projektu „Sztuka Aktywności”, w ramach którego odwiedzaliśmy z osobami z niepełnosprawnościami instytucje kultury i sztuki. Zaglądaliśmy także do podobnych pracowni i galerii w Holandii. Wiedzieliśmy, że jeśli chcemy stworzyć miejsce dla twórczości osób z niepełnosprawnościami, nie może ono znajdować się na obrzeżach miasta. Potrzebowaliśmy centrum – miejsca, do którego można wejść z ulicy, które jest częścią miejskiego życia. Ruska 46 wydawała nam się pod tym względem idealna. Postanowiliśmy więc zaryzykować.

Szybko okazało się, że brak toalety stworzy coś, czego wcale nie planowaliśmy – pierwszą, bardzo konkretną wspólnotę.
Na wielu piętrach Ruskiej 46 funkcjonowały wówczas toalety wspólne. Z takiej korzystała między innymi Rita Baum na czwartym piętrze. My musieliśmy znaleźć własną. Najbliżej była toaleta na pierwszym piętrze, z której korzystał Związek Ukraińców w Polsce. A właściwie nie tylko on. Były tam także Amazonki, Towarzystwo Przyjaciół Bułgarii z Dimczo Angełowem, a dwa razy w tygodniu spotykali się seniorzy, organizując swoje spotkania i potańcówki.
Nasi twórcy i podopieczni, w tym osoby z niepełnosprawnościami, musieli więc wspinać się po schodach, czekać w kolejce i dzielić tę przestrzeń z innymi. Były tylko dwie kabiny – damska i męska. Z pozoru niedogodność, a jednak właśnie tam zaczęliśmy się poznawać.
Przy tej toalecie spotykali się ludzie prowadzący bardzo różne działalności. Czekając w kolejce, rozmawialiśmy o tym, co robimy, wymienialiśmy się doświadczeniami, czasem po prostu żartowaliśmy. Nie było jeszcze windy, która dzisiaj mogłaby stać się naturalnym miejscem przypadkowych spotkań. Były za to schody i wspólna toaleta. To one, trochę wbrew logice, zaczęły budować między nami relacje.
Galeria musiała oczywiście normalnie działać. Organizowaliśmy zajęcia, wernisaże i różne wydarzenia. Za każdym razem jednak zarówno nasi goście, jak i artyści musieli pokonać tę samą drogę do toalety.

Jacek Zachodny: Często sam zaprowadzałem tam ludzi, bo trzeba było mieć klucze i pokazać, dokąd właściwie należy iść.
Z czasem zacząłem wykorzystywać tę sytuację z pewną przewrotną przyjemnością. Kiedy na wernisażu pojawiał się jakiś miejski urzędnik czy ktoś, kto miał wpływ na decyzje dotyczące kultury, starałem się odpowiednio długo z nim rozmawiać. W końcu, prędzej czy później, padało pytanie: „A gdzie tutaj jest toaleta?”. Wtedy odpowiadałem: „Oczywiście, proszę ze mną”. I ruszaliśmy po schodach.
Jeśli był piątek, a w piątki często odbywały się nasze wernisaże, trzeba było jeszcze przedrzeć się przez trwającą na pierwszym piętrze imprezę senioralną. I tak, zamiast formalnego spotkania przedstawicieli różnych organizacji, powstawała scena zupełnie nieformalna – Amazonki, Ukraińcy, Bułgarzy, seniorzy, artyści ArtBrut, goście wernisażu – wszyscy spotykali się w kolejce do dwóch małych kabin.

Co ważne, nasi twórcy byli tam przyjmowani z ogromną naturalnością. Zawiązywały się znajomości i przyjaźnie. W tamtym czasie nie było jeszcze oczywiste, jak obecność osób z niepełnosprawnościami zostanie odebrana przez inne organizacje i instytucje działające w budynku. Choć mieliśmy już przyjaciół w świecie kultury – współpracowaliśmy między innymi z BWA – dopiero pojawialiśmy się na Ruskiej 46. Nie wiedzieliśmy, jak to miejsce na nas zareaguje.
Okazało się, że bardzo dobrze.
Dzisiaj, patrząc z perspektywy lat, myślę o tym pierwszym okresie jako o czasie niezwykłej bezinteresowności. Wspólnotowość nie była wtedy projektem ani strategią. Nikt nie pisał jej w harmonogramie, nie określał rezultatów i wskaźników. Po prostu była. Jeśli ktoś organizował wydarzenie, inni pomagali. Jeśli można było coś przynieść, ktoś to przynosił. Jeśli była potrzeba zorganizowania pikniku, po prostu robiliśmy piknik. Każdy dawał od siebie tyle, ile mógł.
Dzisiaj większość tych miejsc jest już bardziej osadzona w strukturach. Są stowarzyszenia, związki, projekty, programy, harmonogramy. To oczywiście potrzebne, ale czasem zastanawiam się, co tracimy, kiedy wspólnota staje się czymś, co trzeba zaplanować.
Dla mnie początki ArtBrut były także ważne z innego powodu. To było wyjście z pracowni na ulicę, do ludzi, do miasta. W moim artystycznym życiu właśnie ten moment – wyjście z zamkniętej przestrzeni i pojawienie się wśród innych – był przełomowy. Ruska 46 od początku uczyła nas, że galeria nie musi być tylko miejscem prezentowania sztuki. Może być także miejscem spotkania. Nawet jeśli pierwszym wspólnym miejscem spotkania jest po prostu kolejka do toalety.
