Magdalena Tyc-Witwicka (Galeria/pracownia autorska TYC ART)

Wszystko działo się jeszcze w czasach, zanim na podwórku pojawiła się ochrona. Gdy weszłam do pracowni, usłyszałam, że ktoś jest w środku… Wokół panowała cisza, okna były szczelnie zamknięte, a w zasięgu wzroku – żywej duszy. W okolicy zdarzały się wtedy włamania. Przełknęłam ślinę, rozejrzałam się. Nikogo. Ale czułam, że tu ktoś jest – a nawet usłyszałam dziwne dźwięki – serce podeszło mi do gardła.

Nagle spojrzałam w górę. Pod samym sufitem, na rurze, siedział i gapił się na mnie – raz jednym okiem, raz drugim. Moje przerażenie natychmiast ustąpiło miejsca wielkiemu zdziwieniu. Gdy tajemniczy przybysz uznał, że dość już tego podglądania, zeskoczył, sfrunął mi prosto pod nogi i dumnym krokiem przemaszerował od pieca w pracowni aż do galerii. Takiego gościa jeszcze nie miałyśmy. To był gołąb!

W momencie, gdy próbowałam go delikatnie wywabić na zewnątrz, przez otwarte drzwi do galerii weszła moja siostra – Gosia. Zatrzymała się wpół kroku.

– O! A kto to? – zapytała zaskoczona.

– A, przyszedł zrobić sobie fotkę na kozetce – zażartowałam.

W tym momencie gołąb – jakby tylko czekał na zaproszenie – zaczął dziarsko deptać po podłodze. Zamiast wybrać drogę do wyjścia (była zagrodzona przez Gosię), skręcił zdecydowanie w lewo i ruszył prosto na kozetkę. Zaśmiałyśmy się, że gołębia jeszcze nie mamy w kolekcji zdjęć z naszej słynnej Kozetki. I co? A on wtedy – hop! – zatrzepotał skrzydłami i wylądował idealnie na drewnianym podłokietniku!

Kurczę! Oczywiście, telefony i aparaty nie były pod ręką… Zanim zdążyłyśmy zareagować, zeskoczył na dół. Udało nam się go uwiecznić dopiero, gdy już przechadzał się i z zaciekawieniem rozglądał po galerii. Prawdziwy koneser sztuki!

Do dziś nie mam pojęcia, skąd on się właściwie wziął w pracowni. Czy wślizgnął się cichaczem poprzedniego wieczoru, czy może rano, tuż po moim przyjściu, wdreptał niezauważony przez otwarte drzwi? Jak się okazuje, relaks ze sztuką jest dla wszystkich. 

fot. Magdalena Tyc-Wytwicka