Marta Sieczkowska dziewczyna w fioletowej kurtce
Była zimowa noc, luty 2025. Spieszyłem się na randkę. Przechodziłem przez podwórko z neonami. Nagle, zupełnie niespodziewanie, moim oczom ukazał się niesamowity widok. Momentalnie przebudziłem się z transu, w którym tkwiłem przez większość wieczoru.
Nad studzienką kanalizacyjną, w przejściu przez podwórko, klęczał mężczyzna. W dłoni trzymał palnik. Płomień z palnika był zdecydowanie za duży i sprawiał wrażenie niekontrolowanego. Co jakiś czas mężczyzna wyrzucał z dłoni miotacz płomieni, krzycząc przy tym jak oparzony. Płomień podgrzewał metalowe naczynie z pszczelim woskiem. Naczynie było umieszczone ponad głową kukły wypełnionej słomą. W miejscu ust miała wetknięty palnik, który kilka razy zapłonął, potem jednak przestał działać. Ręczne podgrzewanie trwało długo. Co chwila odpryski płomienia spadały na kukłę, która od razu się zapalała. Mężczyzna za każdym razem gasił gwałtownym ruchem gasił płomień na kukle. Całej sytuacji, poza mną, przyglądała się grupka osób. Kiedy tylko performer ulegał oparzeniu lub działo się coś podobnie niepokojącego, z tłumu występowały dwie osoby, by przekonywać go, aby skończył. Był to duży mężczyzna z zarostem, w zielonej kurtce, trzymający aparat, oraz kobieta w fioletowej kurtce i dużej czapce, z twarzą pokrytą brokatem. Klęczącym mężczyzną, jak się później okazało, był Paweł Tracz, dyrektor artystyczny Galerii Kanał.
Kiedy wosk w naczyniu uległ w końcu prawie całkowitemu roztopieniu, dziewczyna w fiolecie pochyliła się nad kanałem, z czułością trzymając oburącz starą, dziurawą gitarę. Przez dziurę w gitarze performer-dyrektor lał roztopiony wosk. Następnie, przy pomocy lateksowej rękawiczki, wyciągnął zastygłą masę woskową przypominającą wyspę oblepioną od spodu niedopałkami.
Wszyscy bili brawo. Kobieta z gitarą i mężczyzna z aparatem wyraźnie poczuli ulgę. Nad ścianie nad kanałem zauważyłem zawieszony plakat z napisem „Andrzejki w kanale”. Spojrzałem na telefon, był 13 lutego, 21:21. Spojrzałem jeszcze raz na tłumek. Fioletowa i dyrektor patrzyli na siebie jak zahipnotyzowani. Spóźniłem się na randkę. Nie mogłem oderwać oczu od spektaklu. Cieszyłem się, że nic nikomu się nie stało. Od tamtej pory wracam tam często i marzę o zejściu do podziemi świadomości przez studzienkę kanalizacyjną.
Fot. Marta Sieczkowska. Andrzejki w Kanale