Rafał Skwarek
20.06.2026. Po intensywnym czasie rezydencji na Ruskiej 46 z ulgą przyjąłem finał projektu i otwarcie wystawy na Święcie Podwórka. Następnego dnia wybrałem się na Ruską już bez bagażu fotografa-rezydenta, jako słuchacz i uczestnik mających się odbyć tego dnia koncertów.
Niestety pogoda uniemożliwiła granie, a ja utknąłem na podwórku w największą ulewę tego lata. Nudząc się, wybrałem się na szybki obchód po znanych mi już labiryntach korytarzy. Kierowałem się do na wystawę Otwartych Pracowni Plastycznych, na IV piętrze klatki C. Pół piętra niżej zatrzymał mnie zdecydowany ruch ręki i głos: „Cześć, chcesz może barszczu? Mamy strasznie dużo barszczu, nie zjemy tego sami!”. Takim zaproszeniom się nie odmawia. I choć barszcz był na mięsie, którego nie jadam, to gościna, którą zgotowali Julia razem z Dmytrem, była absolutna – i to dla każdej osoby, znanej czy nieznanej, przechodzącej akurat wtedy klatką C.
Julia i Dmytro znali się z Galerii U Kosałki, gdzie pierwotnie chcieli zrealizować swój kulinarny happening, jednak ostatecznie odbył się on trzy piętra wyżej – w pracowni Piotra Butkiewicza. Gospodarz był oczywiście obecny. Spotkałem kilka innych znajomych twarzy z Podwórka, ale też wielu gości widziałem po raz pierwszy. To, że w gruncie rzeczy mało kto w tym towarzystwie się znał, nie przeszkadzało, a może nawet pomagało w zbudowaniu atmosfery świetnie zgranej domówki. I nie była to wcale zasługa ukraińskiej wódki, której nie brakowało (w gruncie rzeczy mało kto ją pił).
Rozmowy przy barszczu, ale też doskonałych ziemniakach z pieczarkami zapiekanych z serem i hummusie, krążyły wokół okoliczności tego spotkania, ale też wywołały wspomnienia podobnych schadzek na Ruskiej. Gosia Tyc-Klekot wspominała o tradycji libatio, jakie spontanicznie organizowały wraz z siostrą w pracowni. Sama Gosia trafiła do Piotra po raz pierwszy dosłownie dzień wcześniej, chociaż obydwoje są rezydentami Podwórka od wielu lat.
Motywacją do tej wizyty był wspólny spacer, który odbyliśmy po Ruskiej razem z siostrami Tyc – ja i moi rodzicie. Moja mama z kolei zna się z Magdą Tyc-Witiwcką jeszcze z czasów innego podwórka – bo dorastały i wychowywały się na tym samym podwórzu przy Sępa-Szarzyńskiego. Rodzinne koneksje i wspomnienia na Ruskiej się mnożą, nadpisują się nad nimi kolejne.
Ja sam, po wypiciu dwóch kolejek wódki i objedzeniu się ziemniakami, wróciłem na dziedziniec. Ulewa ustała, koncerty wznowiono. Oficjalna część wieczoru musiała jednak ustąpić dziwnej, bo niedzisiejszej z ducha, totalnie otwartej domówce kilka pięter wyżej. Dokumentacja wieczoru jest skromna, bo nie miałem przy sobie aparatu, ale nawet gdyby go miał, to nie chciałbym go chyba używać. Zdjęcie stołu pełnego dobroci musiałem jednak zrobić 🙂
Fot. Rafał Skwarek