Wojciech Skiba (pracownia malarska)
Jak tylko robiło się ciepło, wchodziliśmy na dach i spędzaliśmy tam wszystkie wieczory. Nie było tak, że ktoś o tym wiedział – po prostu mieliśmy klucz.
Bywał też didżej. Wtedy, żeby podłączyć nagłośnienie na dachu, potrzebowaliśmy prądu, więc dziewczyny [Monika Wierzbicka i Dorota Modlinger] udostępniały kabel, który wyciągaliśmy na górę. Raz, po jednej z imprez, kabel się rozhuśtał i uderzył w szybę BWA na dole, wybijając ją. Trzeba było ją odkupić. Kto za to zapłacił? Chyba Dorota, ale już nie pamiętam. Takich imprez na dachu było jednak dużo. Sam rzadko tam chodziłem, ale ogólnie sporo się tam działo.
Przed remontem budynek skrzypiał na maksa i przeciekał.
Po remoncie zobaczyłem czyste, białe ściany i stropy z surowego betonu. Pomyślałem wtedy: zaraz pojawią się tutaj dentyści, prawnicy, notariusze, kancelarie. Boże, co tu się wydarzy? Wcześniej to miejsce przypominało dobry, porządny squat. Trudno było sobie wyobrazić, żeby poza artystami i stowarzyszeniami znalazł tu swoje miejsce ktoś jeszcze. Firm było niewiele. Był tu po prostu underground, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. A teraz patrzę: ogrzewanie, wyciągi, porządne okna, liczniki.
Zmiana była zaskakująca. Z czasem się przyzwyczaiłem, ale na początku bardzo brakowało mi tamtej strony tego miejsca. Na szczęście przestałem palić, więc ta kwestia stała się mniej istotna. Nadal jednak wolę to miejsce, bo jest głośne – szczególnie w weekendy – ale ma, moim zdaniem, znacznie lepszą energię niż tamto, ze śmietnikiem, który… Ty doceniasz tę zieleń, która tam jest, ale ja cały czas widzę przede wszystkim syzyfową pracę ekip sprzątających. Pojawiają się rano, porządkują wszystko, żeby następnego dnia znowu na ziemi leżały plastik i inne śmieci. Jest tam notoryczny, totalny syf. To miejsce bardzo wyraźnie pokazuje, jak ogromnym problemem są czystość, segregowanie odpadów i zwykłe zachowanie porządku przy ich wyrzucaniu. Cały czas ktoś coś wyrzuca i cały czas jest po prostu brudno.








